czwartek, 26 czerwca 2014

Opis porodu




Tytuł mówi sam za siebie. Nic dodać, nic ująć.

W piątek, 13 czerwca miałam stawić się do Kliniki przy pl. Starynkiewicza. Kilkudniowy pobyt miał pozwolić na szerszą diagnostykę pod kątem zatrucia ciążowego.
W szpitalu pojawiłam się o godzinie 8:30. Podpisanie kilku papierków po wcześniejszym odstaniu w kolejce i czekanie na wywołanie do gabinetu badań. W poczekalni tłum. Po dwudziestu minutach usłyszałam swoje nazwisko. Krótki wywiad z lekarzem, pomiar ciśnienia i natychmiastowa decyzja o przewiezieniu na blok porodowy. Ciśnienie 240/120.
Na bloku porodowym brak miejsc, położyli mnie na niewygodnej, twardej kozetce podpinając pod KTG. Odpowiadałam na kolejne pytania lekarzy, mierzono mi cisnienie. Pielęgniarka podała zastrzyk  na rozwój płuc Małego.
Po kilku godzinach jeden z boksów porodowych zwolnił się, dzięki czemu mogłam choć na chwilę wstać i zrobić kilka kroków.
Kolejne podpięcie pod KTG, sprawdzanie ciśnienia, kolejne leki.
W pewnym momencie w drzwiach pojawił się kierownik dyżuru, doktor M. mówiąc, że jeśli ciśnienie nie zacznie spadać to bez sensu narażać Dziecko i mnie, zrobimy cięcie.
Szczerze? Poczułam ogromną ulgę. Marzyłam, żeby usłyszeć te słowa. Nie miałam już siły chodzić z tymi dodatkowymi kilogramami, nie miałam siły pójść dalej niż do pobliskiego sklepu. Chciałam mieć to już za sobą.
Po dwudziestu minutach ciśnieniomierz wciąż pokazywał wysokie wartości. Zapadła decyzja o cesarskim cięciu.
Założenie cewnika, krótkie oczekiwanie pod blokiem operacyjnym.
Przyszli lekarze, pielęgniarki, anestezjolog. Zostałam poinformowana o formie znieczulenia (podpajęczynówkowe), poinstruowana, żeby usiąść na łóżku operacyjnym okrakiem, zrobić koci grzbiet, że dwa wkłucia i po strachu. Faktycznie, wkłucia nie bolały ani trochę. Kazano mi szybko się położyć i zaczęłam czuć mrowienie od pasa w dół. Założono mi maskę tlenową i zaczęto ugniatać brzuch celem sprawdzenia czy odczuwam ból. Nie odczuwałam, więc zaczęto operować.
Dziwne, nawet wręcz zabawne uczucie. O 17:50 usłyszałam płacz mojego Dziecka. Łzy pojawiły się mimowolnie. Wyłam jak bóbr. Malutki został obmyty, zmierzony, zważony i pielęgniarka przyłożyła mi Go na chwilę do policzka. Pocałowałam Synka, po czym zabrano Go a mnie lekarze zszywali.
Cały czas żartowaliśmy z anestezjologiem i jedną z pielęgniarek. Po godzinie zostałam przewieziona na salę pooperacyjną, gdzie czekał na mnie już Synek.

Pobytu w szpitalu nie będę opisywać. Był, ogólnie rzecz biorąc, taki sobie.

Całuję! ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz